Lato sie skonczylo. Definitywnie. A ja osiadłem. Nie na mieliznie, raczej w macierzystym porcie. Urzadzam mieszkanie,walcze z resztkami farby na kaflach. Przeganiam pająki,ktore w niemalym szoku znowu maja lokatora w postaci mnie.Na razie ich nie zabijam tylko stanowczo wypraszam za okno.
I znowu nie mam na nic czasu,choc wczoraj dopadla mnie pierwszy raz w zyciu NUDA. Z nudow poszedlem nawet kolejny raz się wykapac, a jako ze siec mi szwankowala - mam jakies bezprzewodowe gowno, zachcialo mi sie gadzeta to teraz mam - to w ogole nie wiedzialem gdzie wlezc. Filmu nie chcialo mi sie ogladac, isc gdzies - tez; porobilbym cos, kurna, cokolwiek. Okazalo sie pozniej, jak dalem sobie na chwile na wstrzymanie, ze juz wiem co mi jest - pierwszy raz w zyciu bylo mi zle samemu w domu. Ani chybi - jesien sie zbliza. Czyli kojeny raz czas na poszukanie sobie cieplego cialka - i kolejny raz czas na zmainy. Jak zwykle jesienia. I jest ktos, kto byc moze ogrzeje moje 4 kąty. Jak na razie wiem na pewno ze seksualnie bylibysmy dopasowani prawie perfkcyjnie. Prawie. Bo na zywo sie okaze ile w jego zdjeciach i opowiesciach jest gawedy dla niegrzecznych dzieci a ile - autoreklamy. Zobaczymy. Bo juz naprawde nie moge zniesc tych zapelnionych materia pustych 4 kątów.
Jest sobie park, cudowny park, a przy nim jest ulica; a przy ulicy jest cichy pub, w ktorym zamiast krzesel sa siedzenia ze starego kina; a w pubie sa bordowe sciany i plakaty filmowe na tych scianach i stare aparaty fotograficzne i projektory 8mm i wszedzie wszedzie jest to uczucie przerwanego filmu; wiec chodze tam czasami, na dobre piwo z kija, na gorącą szarlotke z lodami i smietana, po to by sie pogapic na Don Vita, na chlopakow z Pulp Fiction, na Kapitana Sparrowa. I siadam tam w kącie, obok kosza z maskotkami, patrze na tych, ktorzy sie przemykaja za dalekim oknem, na dziewczyny za barem, na...
wlasnie
Jakies 2 tygodnie temu znowu tam zajrzałem; stałem przy barze cos tłumaczac barmance i nagle do knajpy weszlo COŚ. Cos bylo szczupłe wysokie, w bialej bluzce, o delikatnie opalonej skorze; krotkowłoso-lekkojasnowlose, COS z czarnymi oczami jak dwa wegle. Wiec gapie sie jak głupi i czekam az sie odezwie to COS bo ni hu hu nie wiem czy to ON czy ONA. I cos po zanurkowaniu pod bar i powrocie na powierzchnie głos zabrało. A głos miało boski. I niski. I zapatrzylem sie jak ostatni idota, barmanka cos mi nawija słodkim glosem a ja sie patrze i patrze na TO. Na Niego Pieknego. A on na mnie, przerazony, troche przestraszony, zaciekawiony. I łypie na mnie zza kotary na zaplecze. No to i ja łypie na niego, mowie machinalnie do barmanki - moze pani powtorzyc, zapatrzylem sie... Barmanka w smiech a tamten co rusz sie wylania i znika i krąży. No to i ja wodze oczami nieprzytomnie, bo cos tak pieknego dawno nie nawinelo mi sie na widelec pod powieke na skóre nawet. I wyszedlem stamtad szybko z suchym gardlem i mocnym postanowieniem powrotu.
Tydzien temu znow tam bylem, i on byl i poznal mnie i znowu ciekawie mi sie przygladal, a ja czulem sie jak oblesna kupka popoiolu ta co pozostala ze mnie w zetknieciu z jego weglowymi oczami. Zamowilem z premedytacja goraca szarlotke z DUUUZA iloscia lodow, on sie miotal jakos, miotal az mi przyniosl, spojrzalem na jego cialo z bliska, takiego cieplego i jasnego i zywego i az mnie zatelepalo widzac jego nadgarstek tak blisko mojego. Zjadlem, wylizalem talerzyk i to tak zeby widzial [a fe niedobry zachowac sie nie umiesz w knajpie, hehe ;-P !] i znowu wyszedlem wolnym leniwym krokiem. A co. I znowu tam pojde popatrzec sie na niego najesc sie i posmakowac. A co. Nawet moze w niedziele tam pojde. O.
łatwiej jest tworzyć fikcje - od 3 tygodni plywam w amoku pisania, mnoże historie z szybkością wirusa , i do tego jak nie wiem co ze soba zrobic jak mnie nosi to zamiast strzelic sobie cos mocniejszego to siadam i pisze. Kiedys jak nie wiedzialem co mi sie chcce oznaczalo to najczesciej rybe. Taaa wiem to glupie. Teraz jak nie wiem co mi sie chce i mnie nosi siadam do pisania. Miliardy moich slow nie ujrza nigdy swiatla dziennego. To jak pozbycie sie toksyn z organizmu, czasem zwyrodnienia i mutacje moga byc piekne jak te dziwne kaktusy zmieniajace sie w powyginane drzewa; pisze juz pisze
"Czym dla Ciebie jest lojalnosc, Cole?" "Nie rozumiem..." "No wlasnie Cole... nie rozumiesz" "Stary, to nie tak, ja nie chce zmieniac pracy, nie chce wyjezdzac, ale jak ktos mnie nie docenia to musze isc tam gdzie wreszcie ktos pozna sie na mnie" "Jestes zalosny, ja sie na Tobie poznalem, Twoja kobieta, Twoi przyjaciele... chodzi Ci o kase? No prosze Cie.. Jeszcze jeden Bentley?" "John to nie tak..." "To mi wyjasnij bo oszaleje, coraz to sie mnie ktos pyta co z Toba, dlaczego chcesz wyjechac, kazdy mnie traktuje jak Twojego partnera, i nie chodzi o interesy, tylko o..." "O co?" "Wiesz dobrze o co" "Nie wiem, pokaz mi..." "Nie zaczynaj..." "Boisz sie? Sam zaczales te rozmowe" "Cole....." "No juz... pokaz mi czym jest wedlug Ciebie lojalnosc... zdradzaniem zony? oszukiwaniem dzieci? a moze ta Twoja lojalnosc to te szybkie chwile ktore sobie kradniemy jak jestesmy na wyjezdzie? no powiedz mi czym jet lojalnosc to moze dowiem sie czegos nowego" "Ale..." "Tak, ja WIEM czym jest lojalnosc i dlatego chce wyjechac. Zeby wreszcie byc lojalnym. I wobec Ciebie i wobec mojej rodziny. I nie, to nie chodzi o to ze nic dla mnie nie znaczysz. Znaczysz az za wiele i wlasnie dlatego" "Cole, nie..." "Wlasnie tak. Zeby cos z nas zostalo, zebysmy sie nie znienawidzili."
Rano był kac. Kosmiczny. Czulem jak mi sie mózg przelewa w głowie, obrzydliwe uczucie, ale gorsze bylo spojrzenie na jedzenie. Niejasno pamietalem co sie zdarzylo poprzedniego dnia. Knajpa, ON, morze alku i masakryczny powrot do domu. Ale trzeba bylo wstac i isc na zajecia. Isc, ku*wa, nie toczyc sie, nie rzygac po schyleniu sie, zeby zawiazac buty. Isc.
No to poszedlem. Wyklady jakos przespalem, cale szczescie ze cwiczen zadnych nie bylo bo inaczej bym umarl na stojąco. JEGO nigdzie nie bylo. Juz zaczalem myslec ze ON mi sie przysnil tylko, a wczoraj pilem do lustra.
"Marc!' - ktos za mna zawołal, ale nie bylem pewien
"Marc, pijaku!' - odwrocilem sie; na drugim koncu korytarza stal ON
"Tim... czesc.... jezu sorry za wczoraj, wlasciwie nie pije ale...
"Cicho tam, nie zaczyna sie dnia od 'przepraszam' , jak zyjesz, robimy powtorke?'
"Sadysto! ja musze najpierw dojsc do siebie!"
"To dojdziesz u mnie..."
Spalilem sie bezwiednie; jedyna rzecz jaka mi teraz chodzila po glowie to bylo wlasnie dochodzenie. U niego.
"Nie no super... ale...'
"Żadne ale, badz o 7.00 pod 'żebrakiem', zgarne Cie" - złapal mnie za kark i stuknal mi w czolo lekkiego baranka - "będziesz, tak?"
"yhmmmm..." wycharczalem z cicha znowu czujac zawroty glowy.
"No to czesc"
Pobiegl a mi sie zrobilo naprawde niedobrze. Wystrzelilem do kibla jak z procy i puscilem panoramicznego pawia.
Pod żebrakiem byłem za 10 siódma i staralem sie nie krążyć jak przed randką. Uspokój sie cioto, powtarzałem sobie, uspokoj sie mowię Ci! i Stalem tak z rekami za soba podziwiając chmury i czujac sie jak ostatni debil - mam czyste skarpetki? zmienilem gacie na te satynowe, ku*wa po co, przeciez tamte bokserki byly ok, armani, czy wysmarowalem sie armanim, cholera, mam gumy? a tic-taki? a jak...
"Hjelou!" ktos mi ryknal do ucha i stuknal w ramie - "lecimy lecimy, zycie stygnie" - Tim byl w fantastycznej formie, oczy mu sie blyszczaly i widac bylo ze go nosi
"Czesc... " usmiechnalem sie "no to prowadz prowadz, i nie zniszcz mnie jak wczoraj"
"Spoko loko tym razem nie stracimy gruntu pod nogami"
Balem sie jak sam sku*wysyn co to moze znaczyc. Kazde slowo jaki e wypowiadal mozna bylo interpretowac na wiele sposobow. Dojdziesz, stracimy grunt, zycie stygnie, ja pie*dole, przeciez ten czlowiek byl chodzacym erotyzmem...
Prowadzil mnie przez waskie uliczki starego miasta, weszlimy w dzielnice, w ktora rzadko sie zapuszczalem - magicznych kamieniczek z masonskimi symbolami, szerokich bram i ciemnych zakamarkow. Czulem, ze wkraczam do swiata, ktory dotad omijalem. A co tam. Raz kozie smierc.
"Wchodz, wchodz, nie czaj sie" - Tim otworzyl na osciez drzwi mieszkania - cudne wysokie mieszkanie w kamienicy, czulo sie od progu ze tu sie dzieja cuda i od razu wciaga, pochlania i oswaja.
"Idz dalej, rozgosc sie, zaraz przyjde"
Mieszkanie bylo... antyczne. A moze raczej sredniowieczne. A moze po prostu stare stare, z duza iloscia drewna, dziwnymi obrazami na scianach, kamienna posadzka w kuchni i przedpokoju, metalem i wszedobelskimi poduszkami. Rzucilem sie na jeden z takich stosow poduszek i lezalem na wznak wpatrujac sie w odlegly sufit.
"Tim...! tu jest...."
"Wiem" - Tim rzucil sie obok mnie na poduszki "wiem, jak mialem kupowac mieszkanie i zobaczylem to, to od razu sie zakochalem, nie bylo wyjscia; drogie, male, ale jakie..."
Zasmialem sie... sam nie wiem czemu... czulem sie nagle rozluzniony, spokojny,caly stres i wariacje zoladkowe minely, chcialem tu zasnac, zapomniec sie w tych poduszkach w tym swietle dochodzacym z roznych miejsc, do tego Tim wlaczyl jakeis arabskie pitu-pitu wiec tym bardziej poczulem, ze sie zapadam.
"Marc... " Tim nachylil sie do mojego ucha "chcesz zapalic?"
"Znaczy co?"
"Znaczy to..." - Tim zapalil papierosa i mi go podał
"Wzbogacony, spokojnie niezbyt duzo... ale jak nie chcesz to ok"
"Nie no spoko... " zaciagnalem sie i powoli opadlem znowu na poduszki... dym chwile pobaraszkowal w moich plucach i powoli go wypuscilem...
"Tim..."
"Yhmmm"
"masz kogos? mieszkasz sam"
"Nie i tak"
"O..." znowu sie zaciagnalem i podalem skreta Timowi
"A Ty?"
"Jaaa... sam mieszkam"
Tim sie usmiechnal
"I...?"
"I.... co?"
"I.... masz kogos?"
"Nieeeeeeee.... nie ma... jakos tak... nie interesowalo mnie to...."
"Ze jak...?"
"No... nie mam nikogo, nie chodzilem jakos dluzej z nikim..."
"Ona nie chciala?"
"Raczej ja.... to chyba nie bylo to"
"Yhmmmm" - Tim sie zaciagnal i oparl glowe na moim ramieniu
"Widzisz... ja tez jakos za dlugo z nikim nie wytrzymuje - nie dlatego ze nie chce tylko, ze mi sie nudzi za szybko; albo ze ta bajka ktora jest na poczatku zamienia sie w jakis cholerny dol; i po jakims czasie juz sie nie chce zyc w dole wiec... "
"...szuka sie nastepnej bajki...?"
"Dokladnie"
Poczulem jego usta na uchu, jak konczyl mowic. Zmartwialem troche, balem sie ruszyc, zeby go nie przestraszyc, ale serce walilo mi tak glosno ze chyba nawet on slyszal. Staralem sie oddychac spokojnie, myslec o Margaret Thatcher i kopaniu ogrodka, ale ch*j, nie wychodzilo; Zelaznej Lady nagle wyrosl penis a łopata w ogrodku... ech...
"Marc...." Tim mowil do moich guzikow w koszuli "musze Cie rozpiac, bo za bardzo sie spinasz..."
"ooook...." wydukalem
"No juz...."
"Tim..."
"Ciiii... o tak lepiej...."
"Ale ja nigdy..."
"To nic... pokaze Ci...."
"O matko Tim..."
"Spokojnie... poczekaj na mnie..."
I kolejny dlugi pocalunek w poszukiwaniu moich wycietych migdalkow... dochodzilem. U niego. Do siebie. Do niego tez.
"Marc..."
"yyyy..."
"odworc sie..."
"nie... nie chce...."
I pocalunki w kark... dlugie pocalunki, delikatne musakanie na przenmian z gryzieniem... czulem ze dluzej nie wytrzymam....
"Inaczej...? ok... "
Szybkie rozpiecie spodni, mrukniecie nad satynowymi gatkami i juz czuje jego rece i prawie krzycze.
"Juz... juz dobrze...." objal mnie mocno gdy wciaz drzalem, calowal w policzki i powieki... plynalem... potem powoi zdjal ze mnie do konca spodnie i koszule i zarzucil na nas koc.
"To o czym mowilismy, Marc ? Ze z nikim nie jestes?"
nigdy nie myslalem o nim jak o potencjalnym towarze do zaliczenia; generalnie wtedy w ogole nie myslalem o facetach, do zaliczania byly laski a nie faceci, na sama mysl ze mam calowac jakis owlosiony tylek robilo mi sie niedobrze... do tego pewnie by mu smierdzialy nogi, bylby nieogolony i w ogole...
tak, tak wlasnie myslalem
ale cos sie zmienilo w momencie gdy lepiej poznalem JEGO; fascynujacy, no poprostu fascynujacy - oczy jak dwa wegle, namietne usta, po ktorych caly czas bladzil zawadiacki usmiech, i jego smiech - gardlowy, niski, i glos - lekko zachrypniety ze az przechodzily ciary... laski za nim szalaly a on im nie odmawial; ktoregos dnia zobaczyl moj cielecy, dosc otepialy wzrok i usmiechnal sie po swojemu - no myslalem ze mi pekna spodnie, tak mnie to podkrecilo; podszedl do mnie na korytarzu, zagadal o jakas bzdure i od slowa do slowa umowilismy sie do knajpy na wieczor; mialem gardlo suche jak popielniczka, łapy mi drżały jakbym mial 14 lat i szedl na pierwsza randke; kurde no przeciez to bez sensu! nie jestem gejem, nie lubie facetow, w ogole malo lubie kontaktow fizycznych a tu taki numer; na godzine przed wyjsciem z domu porzygalem sie jak kot, chcialem dzwonic ze nie przyjde, ale sie okazalo ze nie mam kasy juz na karcie, wiec chcac nie chcac - poszedlem na to spotkanie...
jezu... knajpa jak knajpa ale on wygladal jak pieprzony gwiazdor; czulem sie jak kocmoluch przy nim, a on brylowal, blyszczal choc specjalnie o to nie dbal; jedno piwko drugie piate, tu shocik, tam drinek, zrobilismy sie na zloto, ja ledwno moglem przebierac nogami, gdy szlismy przez rynek wisialem na nim i cos mu pie_dolilem do ucha, on sie caly czas smial, i trzymal mnie mocno w talii zebym nas nie wywrocil; odprowadzil mnie do domu, ja na nim dalej wisialem i sprobowalem mu spojrzec w oczy - wegle sie zapalily a on wciaz sie usmiechal... dotknalem palcami jego warg i zaczalem cos mamrotac ze super, ze fajnie, ze moze jeszcze raz kiedys, i jak probowalem sie do niego troszke wspiac- stracilem rownowage, oparlem sie o drzwi, drzwi sie otowrzyly , ja go pociagnalem za soba i juz lezal na mnie... zamarlem... chyba od razu wytrzezwialem, ale coby trzymac fason zaczalem sie po pijacku gramolic, a on wymruczal mi do ucha - leż, źle Ci...? na co ja odpowiedzialem, ze nie, no ok, tylko moglibysmy wejsc do mieszkania... on szybko wstal podal mi reke i juz bylismy w srodku
pobieglem do lazienki zeby sie ochlodzic - woda duzo wody, na glowe do gardla coby uspokoic walace serce, wygrzmocilem sie po pysku i wytoczylem sie z lazienki; a on stal wciaz przy drzwiach i juz sie nie usmiechal
musze isc - powiedzial - innym razem dokonczymy
dlaczego? spytalem juz nie udajac ze wciaz jestem pijany
praca i tak dalej...
ale... ej no przeciez...
on stal i patrzyl w podloge, gdy podszedlem do niego blizej nie patrzac mi w oczy powiedzial ciszej
jakbym tu zostal chwile dluzej tobym nie wyszedl do rana
delikatnie otworzyl drzwi i juz go nie bylo
a ja zasnalem siedzac przy oknie patrzac w uliczke w ktorej zniknal...
Które to już lato w 3miescie...? A ciagle tak samo - upał, tłok, tabuny ludzi przewalające sie na trasie od Długiego Targu do Sopot, wieczny pospiech i irytacja. Jutro czeka na mnie plaza! W 3city jest tyle mozliwosci wygrzania sie na piasku ze kazdy weekend mozna spedzic na innnym kawalku wybrzeza ;-) Brzezno, Jelitkowo, Sopot, wszystkie plaze czekaja i juz widze jak sie beda co poniektorzy lansowac. A co - ja tez bede ;-P A propos lansowania... ostatnio byla wielka nocna wyprzedaz w Bandyckiej - co sie tam dzialo... ratunku, zlazla sie chyba cala lanserka z 3city i okolic. Takich wyfiokowanych lal obu plci dawno nie widzialem. Z uporem godnym lepszej sprawy towarzystwo szturmowalo sklepy nacierajac na półki i nie mieli bladego pojecia, ze wiekszosc rzeczy de facto nie byla przeceniona. Stado pingwinow. Po godzinie bylem wypruty, zmeczony, spocony jak swinia i nawet nie chcialo mi sie ogladac za zgrabnymi tylkami. A kilka bylo... :-P
Lato w 3city to Sopot. To Monciak, molo, ławki, puby i ogródki; muzyka sacząca sie z knajp, dziwadła spacerujące to tu to tam, wieczna impreza, to miasto nie zasypia, jakby calosc składała sie tylko z jednego deptaku; niech kto zyw przyjezdza - ale jak sie nie lubi tłoku to nie polecam... za to mozna wybawic sie za wszystkie czasy ;-) ech... weekendowy nastroj mi sie zrobil... a na weekend - oto taki chlopak - British Bad BoyDanny Dyer, ktorego wiekszosc, bez wzgledu na plec , chcialaby schrupac.
siadam w zielonej knajpie przy barze, w kącie za wentylatorem i ekspresem do kawy. w butelce koźlak, przede mna lap, w zębach malbork, mozemy pisac;
własnie tak jest - pisanie; opowiadanie historii, które sie zdarzyły naprawdę - mnie, kumplom, kolezakom, kochankom, snucie opowiesci jak kiedys przy ognisku; brzmia czasem nieprawdopodobnie, jak teraz patrze na ostatnie 2 czy 3 lata pisania, czasem wracam do tych notek i łapie sie za głowe - co ja ku_wa wyprawialem? związki z psycholami, one-nights-stands, romans z babeczką, stukanie sie w pracy na korytarzu, eskapady z piekła rodem na drugi koniec kraju, wozenie sie za ostatnie pieniadze na jakies dzikie wakacje; proba samobojcza, utrata rodzicow i przyjaciół, kilka przeprowadzek, zmiana pracy, i wreszcie - powrot do źródeł - do Domu
wiec siedze tu, jeszcze jest mało ludzi, w glowie i miesniach pulsuje mi jeszcze lekkie wspomnienie wczoraszego wieczoru z przytupem; smak absyntu a raczej syropu eukaliptusowego tez juz wywietrzal; zastanawiam sie nad słowami Hypera - ze jak ci na kims zalezy to w koncu chcesz mu powiedzic prawde, niewazne czy to rodzice czy to przyjaciele - zawsze chce sie powiedziec, zeby nie sciemniac, powiedziec im słuchajcie, jestem...!
i juz, oddech, jakby kamien spadl z serca, spokojniejszy puls, coming out nie byl taki trudny, gorzej z reakcja drugiej strony - matka we łzach, ojciec jak zwykle nic nie wie, albo wrecz przeciwnie, dowiaduje sie w jakis idiotyczny sposob; ja nie pamietam swojego coming outu - moze dlatego ze go nie bylo; matka uznala ze to normalne, ze notorycznie siedza u mnie faceci, ze nie mam kolezanek czy dziewczyn, ze... teraz mam jakas dzika tendencje mowienia glosno - kreca mnie i faceci i laski, aaaa!; wtedy wszyscy wybuchaja smiechem i... nie wierza
Wczoraj powidzialem komus prawde;) lzej mi i... pewnie bede pisac dalej. Tak długo jak ktos bedzie chcial czytac te historie i tak dlugo jak bede mial cos do powiedzenia.
black.rider zainspirowal mnie... jakos poruszyl to co sie we mnie gotuje od kilku dni
tak
połóż mi reke na karku, przyciagnij mocno do siebie, chce poczuc Twoj oddech tu, na szyi, badz tu blisko, niech Twoja dlon grzeje mi powietrze tuz obok ramienia, badz mym cieniem, i parasolem gdy cierpie, daj mi ten ukryty usmiech, ktory masz tylko dla mnie, nie rob nic wiecej, chce po prostu czuc Twoja obecnosc, czasem sie boje ze za daleko to pojdzie za bardzo i za blisko, ale nie moge inaczej a ludzie niech gadaja, niewazne, chce byc blisko, bo wiem ze własnie dla mnie masz to coś, tylko dla mnie
Ostatnie dni uplynely mi na emocjach pilkarskich. Kocham futbol, a Liga Mistrzów jest dla mnie nie mniejszym swietem niz Euro czy Mundial. W niedziele Lechia zapewnila sobie awans do I ligi, a w środe gralo ManU z Chelsea. I mimo, ze jestem nieprzytomnym fanem Czerwonych Diabłów, to po meczu, w którym zdobyli drugą koronę [po zwyciestwie w Premiership] i są najlepszym zespołem Europy, zaczalem odczuwac niejaka sympatie do "The Blues" z Chelsea. A w szczegolnosci do dwóch jej pilkarzy - Johna Terrego i Franka Lamparda. Lampard strzelił dwa gole [z gry i karnego], Terry zje_al karnego i popadl w czarna rozpacz. Ale jak na faceta zarabiajacego Ł130 000 na tydzien, to bedzie mial czym ocierac lzy. Chyba, ze Abramowicz go zostawił w Moskwie albo dal mu bilet na Syberie. Ale wracajac do "the Blues". Lampsy i JT to rakiety. V1 i V2 gdyby mialy ludzkie postacie to trzeba by bylo je pomalowac na niebiesko i dac im twarze Terry'ego i Lamparda... Od dłuższego czasu po necie kraza zdjecia i filmy, na ktorych ci dwaj pilkarze nie moga sie od siebie oderwac. Wiecznie sie sciskaja, macaja caluja, mieszkaja niedaleko siebie, razem trenuja, świętuja, jeden jest zastepca drugiego - Terry jest kapitanem kadry narodowej i Chelsea, a Lampard - jego vice. Zreszta tu http://www.ciacha.net/ciacha/1,81836,5226507,John_Terry_i_Frank_Lampard_maja_sie_ku_sobie.html jest caly wywod na ten temat, a na http://www.whoateallthepies.tv tez sie nad nimi znecaja ;-) generalnie - wielka przyjazn. I oczywiscie moglbym sie w tym dopatrywac niejasnosci, jakis podejrzanych gestow, i dowodzic, ze to ze maja dzieci nie jest argumentem, ale... jakos nie chce. Bo to sa Przyjaciele. Blizej niz bracia. Wydaje mi sie - uwaga - herezja! - ze nie zawsze chodzi o seks. Bo może można? Nie zawsze budowac erotyczne napiecie a tylko bliskosc i cieplo? Chyba mam okres, ze takie pierdoly opowiadam, ale czasem brakuje mi Przyjaciol, just friends. Bez zadnych podtekstow.